TO BYŁ NAJWAŻNIEJSZY DLA POLSKI SZCZYT UNII. 13 GRUDNIA 2002 ROKU. KOPENHAGA.

To był najważniejszy dla Polski szczyt Unii. 13 grudnia 2002 roku.  Kopenhaga.

Wspomina Leszek Miller

Pyta Robert Walenciak

– Panie Premierze, mamy kolejną rocznicę szczytu Unii Europejskiej, który odbył się 13 grudnia 2002 roku w Kopenhadze. To był historyczny dzień, na szczycie zdecydowano, że Polska zostanie przyjęta, razem z 9 innymi państwami, do Unii. Ale zanim to się stało, domykał pan, jako premier rządu RP, warunki naszego wejścia. Te negocjacje trwały ponad 10 godzin. Gdy leciał pan do Kopenhagi, wierzył pan, że rzutem na taśmę uda się nasze ówczesne postulaty załatwić? Czy też część trzeba będzie odpuścić? Jak to wyglądało?

– Miałem nadzieję, że to się załatwi, dlatego że przed odlotem do Kopenhagi odbyłem tournee po głównych stolicach europejskich, nie patrząc zresztą, czy rządzą tam socjaldemokraci czy prawica. I nie tyle, że usłyszałem tam stuprocentowe potwierdzenie, że pójdą mi na rękę, tylko najważniejszy uzysk był taki, że w spokojnej atmosferze, w cztery oczy, mogłem moich rozmówców poinformować o naszych zasadniczych potrzebach i dylematach. Oni to pamiętali, i potem już, już po szczycie w Kopenhadze, mówiono mi, że kiedy nasze postulaty się pojawiały, to oni sobie przypominali tamte rozmowy, i byli lepiej zorientowani w sytuacji.

– Te spotkania budowały grunt przed Kopenhagą?

– Decydującym czynnikiem była rozmowa z kanclerzem Niemiec, Gerhardtem Schroederem, w jego domu, w Hanowerze, dwa-trzy tygodnie przed szczytem. Jak mi mówił, byłem drugim zagranicznym gościem w jego domu, przede mną był Jacques Chirac, prezydent Francji. Schroederowi towarzyszył Gunter Verhaugen, to wtedy był najważniejszy komisarz odpowiedzialny za rozszerzenie, i przy kolacji żeśmy omówili wszystkie najważniejsze kwestie. Schroeder też nie składał jakichś stuprocentowo pewnych deklaracji, ale w trybie warunkowym – że będzie musiał rozmawiać z kolegami, że to, że tamto. Odniosłem wrażenie, że będzie się starał.

– Wynika z pańskich słów, że taki szczyt trzeba było dokładnie przygotować, przegadać. I w Polsce, i w Europie…

– Na tym to polega. Zwykle, te negocjacje przy tym wielkim stole unijnym, zwłaszcza teraz, kiedy jest 27 państw, są finałem wcześniejszych przygotowań. Trudnych, bo nie jest tak, że dzwonisz i mówisz: chcę przyjechać, a rozmówca ci odpowiada – przyjedź! Wtedy te wizyty traktowałem jak możliwość przygotowania gruntu, uprzedzenia o pewnych dylematach itd. Bo przecież łatwej sytuacji nie mieliśmy. Wśród krajów Unii były określone napięcia, pomysły hamowania rozszerzenia, i tak dalej. Nie mieliśmy tam samych przyjaciół. Były tam kraje, które patrzyły na nas w sposób bardzo zdystansowany, na przykład Francja. Były i takie, które z nami wchodziły do Unii, i chętnie by powitały informację, że my nie weszliśmy.

– Dlaczego?

– Bo Polska absorbowała 50 proc. wszystkich środków, które były przeznaczone na rozszerzenie. Na całą dziesiątkę! Z uwagi na swą wielkość, potencjał ludnościowy itd. Więc bez Polski dla nich byłoby więcej… To mało kto pamięta, ale jednym z najbardziej nam nieprzyjaznych był wtedy Viktor Orban.

– Pamiętam ówczesne relacje. Orban zachowywał się wobec Polski wyjątkowo wrednie.

– Wszędzie opowiadał, że Polska jest nieprzygotowana, że ma jeszcze jakieś dziwne postulaty, a przecież nikt nie będzie na nią czekał. Co nas ona obchodzi! Może wejść później, za parę lat. My wszystko pozamykaliśmy… Bo rzeczywiście tak było, że byliśmy jedyną delegacją, która przyjechała do Kopenhagi z otwartymi negocjacjami. Pozostałe dziewięć państw zgodziło się wcześniej na propozycje prezydencji duńskiej. Wszystko było ustalone. Oni właściwie przyjechali zrobić sobie family foto, i iść na obiad do królowej.

– A tu przyjechał Miller i wszystko pomieszał… Zaskoczył pan Duńczyków…

– Oni przed 13 grudnia wszystko już pozamykali, uznali, że negocjacje są zakończone. A że my tam czegoś chcemy, to tłumaczyli sobie, że jest to taka gra. Na użytek wewnętrzny. I jak zobaczyli, że ja przyjeżdżam, i otwieram  negocjacje, to premier Danii, Anders Fogh Rasmussen, liberał, dostał w pierwszym momencie szału. Bo też chciał ogłosić jak najprędzej sukces. Ja to rozumiem – człowiek prowadzi negocjacje, w ramach swojej prezydencji, i chce mieć sukces, 1500 dziennikarzy z całego świata czeka na komunikat, a tu przyjeżdża facet z Polski i mówi: nie, nie, kontynuujemy negocjacje.

– Czy był moment w Kopenhadze, że mogło to się skończyć brakiem porozumienia?

– Oczywiście! Zaraz na samym początku. Jak myśmy przyszli na pierwsze spotkanie z Rasmussenem i jego otoczeniem, to przywitał nas takimi słowami:  panie Miller, tu wszystko jest ustalone, bardzo serdecznie was witamy, wszystko jest zamknięte itd., Więc zacząłem mu mówić, że nic nie jest zamknięte. A on na to, że to jakieś nieporozumienie. Ja na to spokojnie – to niech pan pozwoli, że przynajmniej zarysuję sprawy, które mam do załatwienia. Jak zacząłem wymieniać te punkty, to oni po prostu patrzyli na mnie jak na jakiegoś kosmitę, który nie wiadomo skąd przyleciał. I w pewnym momencie zrobiło się lodowato, bo Rasmussen powiedział: no, jeżeli tak, to znaczy, że Polska nie jest przygotowana do wejścia do Unii Europejskiej. Bardzo nam przykro. Inne kraje nie zgłaszają żadnych postulatów, a wy… Trudno, to w takim razie będziemy musieli spotkać się kiedy indziej.

– I co pan na to?

– To był straszny moment. Bo co wtedy? Myślałem: to my teraz wstaniemy, wsiądziemy do samochodów, i do samolotu, i przylecimy do Polski. Tylko, że  jak będziemy jechali na lotnisko, to ja cały czas będę oglądał się do tyłu, czy ktoś za nami jedzie, żeby nas zawrócić na salę obrad.

– A jak pan sądzi, zatrzymywaliby was?

– Pytałem później Schroedera, co by było, gdybym wtedy powiedział: no to do widzenia, panie Rasmusssen. I Schroeder mi mówił: – słuchaj, nie wiem, dlatego że tego wariantu żeśmy z kolegami nie rozpatrywali. Ale to nie musiało być tak, że ktokolwiek po ciebie by pojechał. Dlatego, że inni stali w kolejce. I byłoby takie przekonanie: no dobra, jeżeli oni przyjeżdżają z otwartymi obszarami negocjacyjnymi, to znaczy, że nie są gotowi.

– Co pan więc wtedy powiedział Rasmussenowi?

– Przypomniałem sobie zasady negocjacji, i powiedziałem: – panie Rasmussen, jesteśmy w trudnej sytuacji, dramatycznej wręcz. Więc ja proponuję, żeby pan ogłosił przerwę. Panu potrzeba, jak rozumiem, konsultacji ze swoimi kolegami, ja muszę iść do kierownictwa swojej delegacji, więc spotkajmy się za jakiś czas, i zobaczymy co dalej. Wstać od stołu zawsze możemy. I zobaczyłem jak  walczy ze sobą. Popatrzył się na zegarek, popatrzył się na stół, na swoje notatki… To by kluczowy moment. Bo on po pewnym czasie powiedział – no dobrze, ogłaszam dwie godziny przerwy. Spotykamy się po dwóch godzinach. Wstał i odszedł. To myśmy też wstali. I pomyślałem sobie: kurczę, uniknęliśmy jakiegoś dramatu. On się nie kończy, ale przynajmniej są jakieś szanse.

– I co pan zrobił?

– Natychmiast zorganizowałem spotkania z Schroederem, z premierem Szwecji Goranem Perssonem, z przewodniczący Komisji Europejskiej Romano Prodim. Spotkania dyskrecjonalnie, oczywiście. Bo Schroeder od razu mi powiedział: słuchaj, ja oczywiście przyjdę, ale wiesz, to nie może być tak, że prezydencja zobaczy, że my tu coś knujemy na boku. Więc go zapewniłem, że nie będę nic opowiadał, że pełna dyskrecja. I żeśmy się spotkali w jakimś zaułku.

– I jak poszło?

– Schroeder był zdenerwowany: Leszek , co ty wyrabiasz! Rasmussen przyszedł do nas i powiedział, że chcesz zerwać rozmowy! I tak dalej. Więc zacząłem mu to wszystko opowiadać. Wiesz, myśmy już się u ciebie w domu umówili, tak?

– I tak pan przypominał, że to nie są żadne nowości, te polskie postulaty…

– Gdy po przerwie spotkałem się z Rasmussenem było lepiej. Był skory do negocjacji. Choć za każdym razem, jak wysuwałem kolejny postulat, to się łapał za głowę. Panie Miller, o czym pan mówi! Ja już nie pójdę do moich kolegów, bo oni mnie po prostu wygonią, jak ja przyjdę i będę mówił, że pan coś jeszcze chce! A ja odpowiadałem: co panu zależy, niech pan pójdzie…

– To były rozmowy w cztery oczy?

– Na pierwsze spotkanie poszedłem w gronie Huebner, Cimoszewicz i  Truszczyński. Ale potem, za poradą Cimoszewicza, zaproponowałem Rasmussenowi, żeby to były rozmowy jeden na jeden. Zawsze się lepiej dyskutuje w małych gronach niż dużych. Jak się jest w dużym gronie, wszyscy się patrzą na siebie, boją się przecieków… Rasmussen bardzo chętnie tę formułę przyjął, i potem już chodziłem sam. Oprócz jednego spotkania, kiedy chodziło o pieniądze, i wtedy wziąłem Kołodkę. I Kołodko zrobił na nich dużo wrażenie. Mówił tonem profesora, który przemawia do niezbyt rozgarniętych studentów. A potem to już było 1:1.

– To z zewnątrz wyglądało tak, że kilka osób się krząta, coś załatwia, a reszta, dwadzieścia parę delegacji, nie wie co z sobą zrobić…

– To nie było dla nas dobre, ta atmosfera czekania. Mieliśmy do czynienia z bardzo niekorzystnym zjawiskiem, takiej rosnącej, z godziny na godzinę, niecierpliwości. My mieliśmy cały czas coś do zrobienia. Ale pozostałe delegacje nie miały nic do roboty. Snuli się, rozmawiali, a potem zaczęli myśleć – a, Polacy dalej walczą, to może my byśmy się podłączyli… Bo my też mamy postulaty. I zaczynała narastać taka bardzo widoczna do nas niechęć. Bo ma być uroczysty obiad u królowej. A tu negocjują. Więc to znaczy, że obiadu u królowej nie będzie? A dlaczego? Myśmy balansowali wtedy na bardzo cienkiej linie. Wystawiając wszystkich na próbę cierpliwości. Także tych przywódców unijnych… Bo oni też siedzieli sami. Rasmussen negocjował, przychodził do nich, mówił co zostało osiągnięte, a co Miller dalej chce. Potem szedł z upoważnieniem do mnie, a oni siedzieli, pili kawę i się wściekali. Schroeder opowiadał mi później jak to było. Że przychodzi Rasmussen i raportował: no Miller, chce tam jeszcze, to i to. I Schroeder mi mówi: i wtedy wszyscy patrzyli na mnie. A ja wołałem: co ten Miller sobie wyobraża! Co on jeszcze wymyśla! Ale z drugiej strony,  wiecie chłopaki, rozszerzenie bez Polski to marny interes. Coś tu jeszcze trzeba załatwić. No i tak żeśmy dotrwali. Negocjacje trwały całe 10,5 godzin. Zaczęły się o 9 rano, skończyły tuż przed „Wiadomościami”.

– Co było najważniejsze w polskich postulatach?

– Najważniejsze były przepływy finansowe, dlatego że według precyzyjnych wyliczeń Kołodki, a wiemy, że w tych sprawach jest szczególarzem niezwykłym, nam mogło zabraknąć miliard euro już w pierwszym roku członkostwa. I to byłby fatalne. Dlatego, że opozycja by to zauważyła i wykorzystała w czasie przygotowań  do referendum. Tego się obawiałem, że jeżeli tego miliarda nie uzyskamy, to przed referendum oni to wykorzystają. I powiedzą – proszę bardzo, co rząd Millera załatwił? W pierwszym roku naszego członkostwa składka będzie większa niż korzyści finansowe! Polska będzie płatnikiem netto. Będziemy płacić więcej, niż będziemy uzyskiwać.

– Też myślę, że tak by argumentowali…

– Żeby tak nie było, musieliśmy dostać żywą gotówkę. I myśmy ten miliard dostali. Dzięki Schroederowi, bo on zaproponował, żeby przesunąć te pieniądze z funduszy strukturalnych, które były planowane na lata 2006, 2007. Zresztą, one były trudne do wydania, bo żeby je uruchomić musielibyśmy mieć własny wkład itd.

– Więc hipotetyczny miliard euro z roku 2006 przesunięto do roku 2004, i to w formie żywej gotówki…

– Tak się stało, myśmy dostali łącznie około półtora miliarda euro na dwa lata, 2004-05. To nam wystarczało! Groźba płatnika netto przestała mieć realne pokrycie. Ale to był bardzo trudny postulat, dlatego że Unia nie chciała otwierać dyskusji na temat pieniędzy. Przecież nie byliśmy sami, były inne kraje, które czujnie nasłuchiwały co się dzieje, i potem próbowały się podłączać. Ale Rasmusssen był bardzo stanowczy – panowie, zamknęliście już negocjacje, nie będziemy ich teraz otwierać.

– Drugim pakietem co do ważności, a może i pierwszym, były postulaty związane z rolnikami i rolnictwem…

– Bardzo ważny postulat , który z punktu widzenia dzisiejszego dnia wydaje się śmieszny, to była tzw. kwota mleczna. Unia nam proponowała 7 mln ton, a my chcieliśmy co najmniej 8,5 mln ton. To był postulat Kalinowskiego, który dzisiaj bym określił słowami „kwota mleczna albo śmierć”. On się do tego strasznie przywiązał, i był nieprzemakalny na jakiekolwiek  argumenty. Ta kwota mleczna wlokła się do samego końca. I dopiero na samym końcu Piętnastka się zgodziła. Kiedy wszyscy już mieli dość. A dlaczego mówię, że to dziś brzmi paradoksalnie? Bo dziś w ogóle tej kwoty nie ma. Została zniesiona.

– Walczył pan też o dopłaty bezpośrednie dla rolników…

– Myśmy w końcu ustalili, że w pierwszym roku naszego członkostwa dopłaty bezpośrednie dla rolników będą wynosić 55 proc. średniej unijnej, w drugim – 60 proc., a w trzecim – 65 proc. To się wydaje niesprawiedliwie, tylko że wtedy wydajność i koszty produkcji w Polsce były nieporównywalnie małe w stosunku do tych zachodnich. Więc de facto te 60 proc. to realnie było 100 proc. To było nasze wyraźne osiągnięcie, bo myśmy zaczynali od 0 proc. Na początku Unia nie chciała się zgodzić w ogóle na jakiekolwiek dopłaty, twierdząc że polskie rolnictwo jest na takim poziomie rozwoju, że żadnych dopłat. Jak się dopiero podciągnie, będzie miało  podobną wydajność, to dopiero pogadamy.

Dostaliśmy jeszcze dodatkowe pieniądze na ochronę wschodniej granicy. No i zgodę na niski VAT na nowe mieszkania i usługi budowalne. Myśmy się o to mocno bili.

– O stawkę 7 procent VAT w budowlance.

–  Wtedy VAT w Polsce wynosił 21 proc., więc wprowadzenie go w takiej wysokości, oznaczałby potężny skok cen na rynku. Mieszkania, remonty… Na to, jak kraj, nie mogliśmy sobie pozwolić. Walczyliśmy też o uznanie w Unii  zawodowych kwalifikacji naszych pielęgniarek. Na to nie chciał się zgodzić ówczesny komisarz holenderski.  Nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego. Okazało się, że to była zemsta za Eureko.

– Holenderską firmę, która niemal przejęła PZU, ale jej się nie udało… Bo polskie państwo weszło do gry.

– On się złamał dopiero wtedy, kiedy poszedłem do Verhaugena i powiedziałem: słuchaj Gunter, ja cię uprzejmie informuję, dlaczego ten Holender to robi i napuszcza wszystkich swoich kolegów. Ale jeżeli się nie uspokoi, i tego nie rozwiążecie, to słuchaj, to są dziennikarze, tysiąc pięciuset, i ja zwołam konferencję prasową i wszystko to powiem. Że się odgrywają, że chcą przejąć za bezcen wielką firmę ubezpieczeniową. Na to Verhaugen odparł  – słuchaj, nie wygłupiaj się, pójdę to załatwić. I załatwił.

– Wynika z tego, że jak się siada do negocjacji, to warto mieć wpływowych przyjaciół. Którzy mogą pomóc, mogą coś załatwić, pośredniczyć…

– Oczywiście! Więc jak oglądałem relacje z ostatniego szczytu Unii, to sobie wyobrażałem co tam się działo. Dwóch baranów! Poza tym, jak jesteś słabym krajem i słabym graczem to twoja przewaga jest tylko wtedy, jeżeli masz pomocników silniejszych od siebie. Takie Niemcy, taka Wielka Brytania, jakaś dobrze skonstruowana koalicja, wpływowy komisarz. Bo jak masz słabszego partnera, to co on ci pomoże?

– Sobie pomoże…

– Orban swoje sobie załatwił. Własne interesy. Przeprowadził odroczenie funkcjonowania rozporządzenia „pieniądze za praworządność”. Wszyscy  mówią, że ono wejdzie w życie za mniej więcej dwa lata. A on właśnie za dwa lata ma wybory na Węgrzech. I nie chce, żeby Unia ukarała go, w oparciu o to rozporządzenie, przed wyborami. Ja to rozumiem, to jest interes do zrobienia. Ale jaki interes miał w tym Morawiecki?

– Gdy rozmawiamy o sojusznikach… Najmocniej pomagali ci z lewicy?

– Tak. Znałem ich, bo myśmy spotykali się na różnych imprezach. Przede wszystkim tych organizowanych przez europejska partię socjalistów. Byłem też  gościem na kongresie SPD, i na jej jubileuszu. Byłem u Blaira, na kongresach Labour Party. To budowało klimat, życzliwości, zaufania. I gotowości do pomocy.

Nie byłem człowiekiem nie wiadomo skąd. Znaliśmy się. To bardzo dużo robi, takie spotkania, także na niwie półoficjalnej, przy winku. A poza tym, rzeczywiście wtedy w doktrynie socjaldemokracji leżało rozszerzenie Europy o tę część wschodnią. Żeby ostatecznie przekreślić rezultaty Jałty. Oni do tego parli. I jeżeli chodzi o Polskę, to wiedzieli jeszcze jedno – że musimy zorganizować referendum.

– Nie we wszystkich krajach wstępujących do Unii było referendum. Polska też nie musiała go przeprowadzać…

– Ale ja z góry założyłem, że jeśli nie zrobię referendum, to będę miał ciągle na karku ataki ówczesnej opozycji antyunijnej. Na zasadzie – dzisiaj jest w Sejmie taka większość, ale za parę lat może być inna. I nawiasem mówiąc, tak się stało. Oczywiście, wiedziałem, że referendum to trudniejsza droga. Ale daje zupełnie inny efekt, i do dzisiaj ten efekt istnieje. Więc moim rozmówcom w Unii  tłumaczyłem, że my nie możemy wejść na byle jakich warunkach, bo nas opozycja po prostu zabije. My musimy wejść na takich warunkach, żebym ja i moi koledzy mogli powiedzieć – proszę bardzo, to są świetne warunki, żadnych  lepszych się nie uzyska.

– Taka atmosfera panowała w kraju, po powrocie polskiej delegacji z Kopenhagi… Wynik negocjacji chwaliła nawet opozycja.

– Teraz się o tym mniej mówi, ale opozycja antynunijna była wtedy bardzo silna. To był LPR z Giertychem na czele, cała Samoobrona, połowa PSL-u, Kościół,  PiS też się dwuznacznie zachowywał. Pamiętam, jak Kaczyński opowiadał, że należy walczyć z dogmatem roku 2004. Czyli z dogmatem naszego wejścia do Unii w roku 2004, bo przecież możemy później! Te dzisiejsze hasła o utracie suwerenności itd., to wszystko wypisz-wymaluj hasła sprzed 18 lat. To samo! Tylko Roman Giertych stał się innym człowiekiem. Ewoluował. Ale wtedy – ile bzdur naopowiadał!

– A może europejscy socjaliści pomagali panu, licząc, że w czymś innym to pan im pomoże?

– Oni właściwie od nas większej pomocy nie potrzebowali. Myśmy nie byli jeszcze w Unii Europejskiej. Dlaczego więc nam pomagali? Nie chcę używać wielkich słów, ale jednak ta więź lewicowa, zrozumienie naszej sytuacji, chęć pomocy dla mnie, żeby lewica w Polsce na tym skorzystała, to było autentyczne. Oni chcieli, żebyśmy odnieśli sukces. Zwłaszcza Schroeder dobrze to rozumiał. On mi kiedyś powiedział, a ja to dokładnie zapamiętałem: my jesteśmy ostatnim pokoleniem Niemców, którzy mają jeszcze pewien dług do spłacenia. Mają wyrzuty sumienia, albo mogą mieć wyrzuty sumienia. Ale moi następcy już tego nie mają. Resentymenty historyczne już u nich nie grają roli. On mi opowiadał, jak wyglądało jego dzieciństwo w tych zrujnowanych po wojnie Niemczech. On wychowywał się w podobnej rodzinie jak ja, też bez ojca. Jego ojciec zginał w  czasie wojny, w Rumunii. Wychowywał się na takim samym biednym podwórku jak ja. Opowiadał mi, że ponieważ lubił grać w piłkę, to z puszki po amerykańskich konserwach zrobili piłkę i grali tą puszką.  Dostał naprawdę twardą szkołę życia. I moja  jego ocena nie zmienia się pod wpływem wydarzeń ostatnich. To był naprawdę taki pełnokrwisty niemiecki socjaldemokrata, który przeszedł drogę od zera. Wychowywała go tylko matka, skończył szkołę wieczorową, tak jak ja. Potem dał się poznać jako utalentowany mówca, działacz młodzieżówki socjaldemokratycznej. I tak się pomału piął w górę, aż osiągnął szczyty. Ja z nim spotykałem się też później, wielokrotnie, kiedy przestałem być premierem, a on przestał być kanclerzem. Kiedyś nawet byłem u niego w biurze, w Bundestagu. Tam jest tak rozwiązane, że każdy były kanclerz  ma w Bundestagu swoje biuro, i to nie jest jeden pokoik, ale cały segment, z sekretarkami, asystentami.

– Wtedy, w Kopenhadze, zdał egzamin z politycznej przyjaźni…

– Żeby klimat oddać tamtego wydarzenia…  Kalus Petersen, duński dziennikarz komentator polityczny, już jak się to wszystko skończyło, powiedział bardzo ciekawe słowa: nigdy w swojej karierze nie przeżyłem takiej konferencji prasowej. Że rozumiałem tylko pięć, sześć słów, nikt nie tłumaczył oświadczenia polskiego premiera, ale za to zrozumiałem coś innego. Tu, w centrum prasowym, na wielkiej sali przeznaczonej dla Polaków, gdzie wepchnęło się z dziesięć razy więcej dziennikarzy niż powinno, tuż po zakończeniu negocjacji z krajami kandydującymi kończyła się tak naprawdę II wojna światowa. Atmosfera, napięcia, tło, i bezgraniczna radość powiedziała więcej niż niejedna polityczna mowa. Tu właśnie przybiegli najlepsi dziennikarze, niemal z całego świata, i dzielili radość Polaków. Tutaj też ci, którzy wiedzieli, że Polska zdradzona była w Jałcie i zdradzana była dalej, mogli się pozbyć wieloletniego poczucia wstydu. To co w ostatniej chwili zaoferował Schroeder traktuję jako gest przeproszenia Polaków. Tylko, że nie musiał czekać aż tak długo.

Leszek Miller – Biuro w Brukseli

ASP13G351, rue Wiertz 60, 1047 Bruxelles

Tel. 0032 2 28 45868

Newsletter

Bądź na bieżąco!

Zostaw swój adres email!

biuro@miller.pl

BIURO POSŁA DO PE LESZKA MILLERA
UL. PIEKARY 17 P. 10,
61-823 POZNAŃ

© 2021 Leszek Miller. All Rights Reserved.

Designed by PinkShark.pl